Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vintage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vintage. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2011

VINTAGE PO DZIADKU

Minęło już trochę czasu... myśli nadal tłuką się po głowie...nie krzepną...strumień wspomnień nie stygnie, tętni w moim krwiobiegiu. Jednak staram sie oswoić ze wszystkim co czuję, co pamietam, co słyszę. Niewiele zostało rzeczy namacalnych. Zniszczone, sprzedane, skradzione, przepite... Ocaliłam drobiazgi. Bezwartościowe dla innnych, budzące zdziwienie stojąc honorowo w moim salonie... dla mnie bezcenne...



Dziadek od od kiedy pamiętam zajmował się ogrodem... do końca. Nic nie mogło zastapić własnego pomidorka, ogórka, młodej marchewki dla 'Prawnusia'... I mimo, ze czas już zupełnie nie ten, Dziadek co roku ze swoimi warzywami ustawiał się na jarmarku, ze starą wysłużoną wagą, z odważnikami mającymi więcej lat niż ja sama... Jakie dziwne uczucie mnie teraz ogarnia gdy biorę je w dłonie, dotykam wyślizaganych przez Dziadkowe palce główek...



Dużo żalu zostało w sercach, złych myśli cierniem oplatających wspomnienia.... jednak  ja staram się pamiętać tylko słoneczne dni i radosne momenty widziane oczmi dziecka, magię odważnych zadań pojetych tylko dziecięcym umysłem: zbieranie 'kto więcej' stonki na Dziadkowym polu ziemniaczanym, budowanie karmników dla sikorek, karmienie mleczem Dziadkowych królików... i kolby kukurydzy, które Dziadek trzymał dla nas za piecem w piwnicy...

niedziela, 31 października 2010

MARZENIE SPEŁNIONE CZYLI...



... o tym jak mi ktoś męża podmienił:) A było to tak... wraca mój Małż z parcy, załadowany reklamówami z zakupami w związku z przedłużonym weekendem. Niby widok przeciętny całkiem (pomijając nieprzeciętną urodę mego Małża hihihi) ale jedna z reklamówek wygląda podejrzanie i zamiast jak to zwykle bywa wylądować w kuchni, to wędruje za Małżem i jego tajniacką miną do pokoju:) Moje Kochanie niezwykłe niespodzianek robić, romantyczność jest mu równie bliska co solarium czy manicure... a wierzcie mi to odległość nie do ogarnięcia...:) więc po chwili przeżywam szok i tylko śpiące w pokoju obok dziecko powstrzymuje mnie od wydania serii histeryczno-szaleńczych wrzasków:) W tajemniczej torbie krył sie ON! Mój wymarzony, wyśniony konik na wzór przedwojennych zabawek:)



Prawda, że cudny? Prawda?:)) Och myślcie co chcecie, ja jestem szcześliwa bo od dawna pragnęłam takiej zabawki, a przede wszystkim dlatego, że mój Małż mnie tak fantastycznie zaskoczył:) Zupełnie niespodziewanie, facet, z racjonalnym podejściem do życia, robiący zawsze zbolałą minę na moje wymysły dekoratorskie... bo to przecież tylko pierdoły, na które nie warto wydawać kasy.. teraz sam przyniósł mi taką 'pierdołę'  do domu:)))
A wszystko zaczęło sie chyba od tej ksiązki i tych fotografii:

"Stylowe elementy dekoracyjne" Henrietta Spencer-Churchill

Po czym zamieniło się w manię poszukiwania takiego pięknego końskiego przyjaciela, na którego byłoby mnie stać...:) I oto mam:) Dziekuje Ci Kochanie:)


środa, 1 września 2010

SKRZYNKA na zaklęte wspomnienia

Taaa dam! Oto i ona:) Wcześniej wyglądała tak, jak w tym poście.


Droga była długa tego efektu... głównie przez ciągły brak czasu i milion ważniejszych spraw po drodze. Na początku pozbyłam się 'chamskiego' wielkiego zamknięcia i jeszcze większych gwoździ jakim było ono przybite (profanacja normalnie). Potem kuracja w piekarniku. Ok 40-60 min w temperaturze powyżej 60 stopni. Tak, tak, wcale nie żartuję:) Skrzynka była podziurawiona przez kołatka i najlepszym sposobem by sie go pozbyć jest właśnie wysoka temperatura, która zabija larwy:) Nastepnie szpachlowanie szpachlą akrylową do drewna dziurek, dziureczek i wyrwy po gwoździach... Potem szlifowanie i odkurzanie. Następnie wytarcie szmatką zamoczoną w alkoholu, by pozbyć sie brudu i niechcianych zapachów. No i malowanie-przecieranie...



Teraz będzie to przepastna skrzynka na zdjcia, widokówki ... zaklęte wspomnienia...


A, dorzucę jeszcze detal, a co?:) Podoba mi się efekt, chociażby dlatego, że nareszcie skończyłam z czymś co się przekładało z kąta w kąt tyle czasu:))


P.S. Ostatnio spotkało mnie coś przemiłego! Zaskakującego i uskrzydlającego:) I powiem wam: warto było założyć bloga!:) Szczegóły w następnym poście. Wierzycie w bajki? Ja tak! Zdarzają mi się bajeczne momenty w zyciu:)))

P.S. 2. ...bo mi się właśnie przypomniało:) Coś na poprawę nastroju jesiennym zmulakom, co to widząc deszcz, szrugę czy wichurę za oknem mają smutne miny:) Ja do nich nie należę, bo niektóre rzeczy mam po prostu w nosie...:)

Mam w nosie
W golu jest golizna
W ojcu jest ojczyzna
W pludrach jest pluderia
W koku kokieteria
W macie tkwi matactwo
W mańce jest maniactwo
W palu jest palenie
W wale tkwi walenie
W murze są murzyny
W skórze skurwysyny
W dziwie jest dziwactwo
W masie masoneria
W pasie pasmanteria
W kroku jest kroczenie
W worze jest wożenie
W polu polecenie
W pycie jest pytanie
W żłobie jest żłobienie
W nosie mam noszenie

Wiesław Dymny

wtorek, 24 sierpnia 2010

VINTAGE PO POLSKU

Kochamy vintage... szerokopojęty:) Zbieramy, gromadzimy, oglądamy, zachwycamy się... inspirujemy ... a czym zazwyczj się inspirujemy? Skąd czerpiemy? Z czym nam się to hasło 'vintage' kojarzy? Jakie miejsca, przedmioty, aranżacje tak określamy? Kraje skandynawskie i Francja, prawda? Mówimy na przykład: w 'stylu skandynawskim',  czy 'starofrancuskim' .... bielone, przecierane, obdrapane, zardzewiałe, cynowe, haftowane, drewniane, druciane, porcelanowe.... och można by wymieniać długo. A jaki jest nasz vintage? Po polsku? Swojski, niewymuszony, nie mozolnie aranżowany...dnia codziennego... też piękny:)


No i te 'moje' dechy... przebarwione od wody i słońca:) Wiklina też 'nasza', prawda?:) No i emaliowane balie, naczynia, garnki, kanki... mój boże ile tego poszło w śmieci, bo stare, poobijane... wymienione na teflon, stal nierdzewną, szkło... i jaka teraz szkoda:( Jak pytam Dziadków moich czy gdzieś jeszcze w jakimś zakamarku coś takiego się nie uchowało to otwierają szeroko oczy ze zdumienia, "a po co ci wnusiu taki złom?"... eh..

Pozdrawiam jesiennie, sentymentalnie, wilgotnie i mgliście.... czyli wcale nie smutno tylko tak jak właśnie lubię:)

piątek, 20 sierpnia 2010

TAKIE TAM




Hortensje. Zna je chyba każdy, ja ich piękno odkryłam właściwie niedawno. W moim domu rodzinnym ich nie było, rosną za to u teściów w ogrodzie i jakoś specjalnie jako cała roslina mnie nie zachwycały, aż do czasu gdy odkryłam tajemnicę suszenia:) Niby banalne ale ja nie wiedziałem wcześniej, że aby zachować piękno kwiatu hortensji należy poczekać aż zacznie przekwitać i dopiero wtedy ciąć:) Świeży kwiat, który nie zaczął się jeszcze przebarwiać nie nadaje się do zasuszania, po prostu zwiędnie.



I tak oto w moim 'salonie' zawitały pierwsze zwiastuny jesieni:) Jak widać najpiekniej wyglądają zielone, a także fioletowe i niebieskie. Różowy kwiat ściełam jeden dla kontrastu, ale pięknie prezentował się przez parę dni, teraz już więdnie i trzeba go zamienić na kolejny już przekwitający. W tle sławne już w blogowym świecie stare nuty, jedna z możliwości wykorzystania:)


wtorek, 17 sierpnia 2010

O UŚMIECHU CIĄG DALSZY

Obiecana wcześniej prezentacja prezentów od Ateny:) A było to tak, że w jednym ze swoich postów Atena prezentowała uszyte przez siebie morskie cudaki, między innymi konika, w którym zakochałam się natychmiast i zaraz potem mój Synek:) Konik morski przyfrunął ( jak to koniki morskie mają w zwyczaju:) wraz zniespodzianką - piekną muszelką nazwaną przez Jula 'omo':) Paczka oczywiście prezentowała się uroczo i żal było rozrywać:)




A tu już w barwach Julkowego pokoju, gdzie jego przeznaczenie:)


Atena zapierała się rękoma i nogami, bo dobrą kobietą jest, ale 'zmusiłam' ją, by pozwoliła mi się odwdzięczyć:) Jako, że już wróciła z wakacji i pokazała u siebie moc podarunków od blogowych duszyczek, mogę teraz i ja zaprezentować, co wysłałam od siebie: stary zeszyt nutowy, serduszko vintage i podbieloną ramkę z moim ulubionym aktem przedwojennym. Ateno raz jeszcze dziękuję w imieniu swoim i Julka i cieszę się ogromnie, że trafiłam w Twoje upodobania:)






wtorek, 3 sierpnia 2010

O UŚMIECHU


A uśmiechu przez ostatnie dni jak na lekarstwo bo nieprzyjemne rzeczy się dzieją wśród bliskich:( Czasami trudno sobie uświadomić, że to się dzieje naprawdę, że to nie jakiś psychodeliczny film..:(
By żyć szcześliwie trzeba cieszyć się z drobiazgów i wierzyć w ludzi...mimo wszystko... Ja wierzę, bo zdarzają mi się miłe niespodzianki, bezinteresowne więc najbardziej cenne:) Dostałam ostatnio dwie przemiłe przesyłki od dwóch świetnych dziewczyn: Doroty i Anety. Obie musiałam namawiać żeby pozwoliły się odwdzięczyć:) Naprawdę budujące jest gdy obdarzają nas sympatią ludzie, których właściwie nie znamy, gdy nieraz trudno o to od nalbliższych.
Pierwsza paczka miała w sobie mieścić maleńkiego ptaszka, który spodobał mi sie na blogu u Doroty... ale skarbów było więcej:) Po gorączkowym rozrywaniu koperty widok ukazał się następujący:


Po dalszym rozpracowywaniu pięknego opakowania...



W jednej z paczuszek był ptaszek z Dorotowego bloga:


 

A w drugiej różne tak zwane pierdółki cieszące oko, między innymi maleńkie pudełeczko, a w nim zrobione przez Dorotę magnesiki:

  

Prawda, że miło dostawać takie przesyłki?:) Ja oczywiście nie odmówie sobie przyjemności wysłania czegoś w podzięce:) Jako, że Dorota nie mieszka w Polsce i zjawi się tu dopiero we wrześniu, prosiła, żebym pokazała na blogu co dla niej wymyśliłam inaczej pęknie z ciekawości...:) Zatem oto i moje drobne upominki, oczywiście nie ma tak łatwo, element nispodzianki musi pozostać, nie zdradzę wszystkiego:)




P.S. Cudowności od Anety w następnym poście:)

wtorek, 27 lipca 2010

LATARNIA



Mówi się nieraz o zabawkach dla dużych chłopców...każdy wie o co chodzi. A zabawki dla dużych dziewczynek?:) Żadne tam kosmetyki czy buty, to są rzeczy do użytku... no a takie, które kupujemy tylko po to żeby były? żeby sobie stały, żebyśmy musiały z nich kurz zbierać? żeby faceci mogli wytrzeszczyć oczy i powiedzieć: po co Ci to? przecież to do niczego nie służy! przecież masz już tyle "takich rzeczy"! że co? że ile to kosztowało?! zwariowałaś...:))) Wiecie o co chodzi?:))) No to proszę, kolejna "taka rzecz":) Piękna jest i basta, nie chcę słyszeć nic innego chachacha:) Kolejny kroczek do wypełniania przestrzeni naszego "dziewiczego" mieszkanka:) do kompletu z koroną, którą pokazywałam klika postów wcześniej. Dla mnie jeszcze pusto u nas, choć Małż już krzyczy, że za dużo, za dużo... a przecież ja mam dopiero i tylko to, i to, i to... no i jeszcze tamto... ale przecież nie mam jeszcze wymarzonego tego, owego, tamtego i jeszcze jednego...:)))
Pozdrawiam wszystkich, którzy zrozumieli o co mi chodzi i tych innych też:)




czwartek, 8 lipca 2010

REINE DU BAL



Znaczy się królowa balu:) bo nieraz ironicznie tak mówię o sobie w kontekście jakiś imprez... zazwyczaj sieję zamęt i popłoch bo charakterek to ja posiadam a i owszem:))) chachacha. Teraz jestem też królową domu swego i to koronowaną:)

           

Nie ma chyba wielbicielki vintage, która by takiego cudka nie posiadała, prawda?;) Otóż ja bardzo długo królową zostać nie mogłam, przekopywałam sklepy w poszukiwaniu takiej korony miesiącami... i nic. Pech i klęska. Aż... fantastyczna babka z tupetem :) znaczy się Elamika, na moją nieśmiałą prośbę odpowiedziała błyskawicznym odzewm niosąc pomoc mnie duszy potępionej:) i wskazała miejsce skąd korona przywędrowała do mnie w trybie natychmiastowym. Dziękuje Ci raz jeszcze! Pewnie was trochę śmieszy ilość zdjęć poświęcona jednemu przedmiotowi ale powstrzymać się nie mogłam. Po prostu cieszę się jak głupia z tej drobnej rzeczy, bo długo na nią czekałam:) i światło miałam magiczne dziś rano...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...